sobota, 28 czerwca 2008

Z armatą na wróbla

Głośno ostatnio o akcji w gdańskich akademikach – nalocie policji na piratów. Fakt, że info już nieco przedawnione, ale wnioski nadal aktualne, a że coraz częściej słyszy się o „walce z piractwem”, może warto rzucić na to nieco więcej światła.

Mimo, że od nalotu upłynęło już nieco czasu wciąż nic nie jest jasne na pewno. Nie ma oficjalnych wypowiedzi a relacje świadków nie raz zaprzeczają same sobie. To, czego jestem absolutnie pewien to tego, że policja nie wybierała pojedynczych osób na „chybił trafił” i że w każdym przypadku miała nakaz. Od kolegi wiem, że w gdańskich akademikach mają łącza 1Mbit/osobę (pokój) – takie łącze na własny użytek aż kusi by co nieco „possać” ;) Dodatkową sprawą jest zaświadczenie, które należy podpisać przed udostępnieniem internetu – że nie będzie się ściągać i rozpowszechniać pirackiego oprogramowania itd (ciche ostrzeżenie o monitoringu sieci). To wszystko razem zebrane do kupy daje nam w miarę jasny obraz sytuacji – zbiorowisko studentów z dostępem do dobrego internetu i podpisane zaświadczenie dające otwartą w zasadzie furtkę do kontroli policji. Mundurowi mieli ich na tacy – coś jak rzeźnik w kurniku. Lekkomyślność nie popłaca.

Jako że nie jestem zwolennikiem piracenia mógłbym w zasadzie tutaj skończyć mój wywód gdyby nie jedna kwestia. Jaka? Ano nie podoba mi się to wszystko. Czemu? Bo poza tą śliczną otoczką pięknej akcji rozlewają się kolejne, tak typowe dla naszego kraju, fale absurdu. Miałem już okazję poznać metody działania naszej kochanej policji i nie ma słowa by to określić. Otóż miałem swego czasu znajomego – było to 4-ry lata temu – który miał nalot. Gość miał w domu około 500 płyt CD – wszystkie z filmami ściągniętymi z sieci. Ani policja ani sąd nie uznali ich za płyty pirackie! Z jednej strony to dobrze (dla niego) ale z drugiej ocieramy się o paranoję bo za pirackie uznano płyty... Z czasopism! Z czego większość tych, które miał, pochodziły z CD-Action! Nie mam pojęcia na jakiej podstawie i szczerze to nie wiem, czy zdołał się z tego wybronić przed sądem, gdzie walka toczyla się o każdą płytkę – nawet te z dystrybucjami linuksowymi! Ostatecznie po wyliczeniach strat, jakie spowodował (demagogia), po wybronieniu się z większości zarzutów dostał grzywnę w wysokości 200tys złotych (liczone jako cena programu w sklepie*100). Komputer, który został zarekwirowany (w pokoju stały dwa, nakaz był na jeden) nie został zwrócony, płyty pirackie zostały wszystkie zarekwirowane, a połowa udowodnionych jako legalne „zaginęła” (ciekawe, że głównie lepsze filmy porno). Nie wiem jakie były jego dalsze losy, niemniej nie o tym mowa. Jego historia ukazuje nam świat paranoi – absurdalnych oskarżeń i próby największego zgnojenia człowieka jak się tylko da. Rozumiałbym to gdyby był dystrybutorem – ale on piracił na własny użytek. Nie sprzedawał, nie rozprowadzał.

Do czego zmierzam? Niech rzuci kamieniem we mnie ten, który nie ma na prywatnym komputerze chociaż jednej pirackiej mp3-ki. Wielu z nas nawet nie wie o tym, że ma piracki soft zainstalowany na swojej maszynie – bo komputery nie raz są sprzedawane z już zainstalowanym jako takim. Jeżeli tę myśl połaczymy z wizją z wcześniejszego akapitu... Jezu. Toż oni mogą w ten sposób zgnoić często niewinnych ludzi. Bo nie każdy jest świadom i zagrożenia i konsekwencji i samego faktu posiadania nielegalnego softu. (Jak moja mama np, ilekroć jej komputer wracał z serwisu miał zainstalowany piracki windows xp. I co ja niby miałem z tym zrobić? – komp rzecz jasna kupiony z systemem, z linuksem by sobie nie poradziła). Ciekaw jestem, kiedy ludzie zrozumieją, że ogień gasi się wodą, nie ogniem! Priorytetem powinno być podniesienie świadomości społecznej, zmiana realiów, a nie walenie po łbach!

Tych ludzi zwyczajnie porąbało i ich priorytetem nie jest już zwalczenie piractwa jako takiego a dorobienie się na walce z nim poprzez profity z samej walki (obiło mi się o uszy, że organizacje walczące z piractwem dostają 7% prowizji) czy awansu zawodowego. Walka z piractwem – tak. Ale komuś tutaj na mój gust ewidentnie pozmieniały się priorytety. (Podobnie jak amerykańska walka z terroryzmem.. Czołgami... I gdzie są ich terroryści? Ci talibowie czy inni pochowani z dziećmi w domach?)

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Ciekawie piszesz, ale czy taki z Ciebie przeciwnik piractwa... oj nie powiedziałbym :)

Murio pisze...

Powoli pokutuję moje grzeszki ;-) Póki co przedstawiam siebie jako "niezwolennika" niż "przeciwnika", ale z każdym dniem jest lepiej ^.^ Pzdr!

Anonimowy pisze...

Piracto w obecnych czasach jest raczej nieuniknione.... :) Pozdrawiam :)

Murio pisze...

Tym bardziej, że ciężko niekiedy określić co jest a co nie jest piractwem - np mp3-ka z P2P jest zła, ale jak sobie ją nagrasz z radia (lub stronki z muzą) - już jest ok. A czym to się różni w praktyce? Przecież to jeden i ten sam plik mp3 ;-)

Anonimowy pisze...

właśnie smutne jest to że wszyscy którzy tak dumnie mówią że "Walczą z Piratami" najczęściej atakują po najsłabszej linii oporu. Czyli nie ścigają ludzi którzy miesięcznie zarabiają na tym worki kasy, a poprostu zabierają ludziom kompy. No a jeszcze studentom to już wogóle brawo. Po tej akcji z napisami do filmów już nie mam ochoty tu mieszkać.

Murio pisze...

W USA nie jest wcale lepiej. Głośna była sprawa jak RIAA (tamtejsza organizacja "walcząca z piractwem") wysnuła pozew przeciwko kobiecie (samotnej z dwójką dzieci) na podstawie samego adresu IP o ściąganie i udostępnienie 24 (!!) piosenek. Miała pecha i obrońca miał złą linię obrony. Została skazana na grzywnę w wysokości 222tys USD + zwrot kosztów RIAA za opłacenie prawników (jeżeli to drugie tyle to i tak miała szczęście - RIAA potrafi przeciwko jednej "ofierze" na raz i sześciu takich wysłać by pracowali nad materiałami dowodowymi). Chore? Porąbane jest to, że ta organizacja wysyła na podstawie adresów IP ostrzeżenia, że albo podpiszą ugodę i zapłacą (im) grzywnę albo zostanie wytoczony pozew, a ugoda nic nie gwarantuje. Smutne jest to, że widać biznes z tego jest duży (toż to ściąganie haraczy!) i w Polsce powstał jej odpowiednik (nie pamiętam nazwy). "Ta akcja z napisami do filmów" to właśnie dzieło tej organizacji, która działa z ramienia (ma upoważnienie) firm, których prawa autorskie niby są łamane (naturalnie otrzymują za to od nich kasę).